sobota, 31 stycznia 2015

Ulubieńcy...

Cześć złotka! 

To mój pierwszy post tego typu, mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Jeżeli tak będzie- będę robić takie co jakiś czas. :)

Mam Wam dziś do przedstawienia ulubieńców ostatniego roku. Nie jest ich wprawdzie dużo- jak się już do czegoś przekonam, to stosuję to namiętnie- ale coś tam wyskrobiemy. I mam nadzieję, iż coś tam dla siebie podpatrzycie. :)

(weźcie ze soba herbatę, mogę trochę zająć Wam czasu... ;)


Zaczniemy od pielęgnacji.

* Odżywka do włosów Nivea Long Repair.

O niej pisałam oddzielną recenzję, więc nie chcę się powtarzać, w każdym razie jest, jak jest. To właśnie po nią sięgałam najczęściej, kiedy chciałam mieć piękne i lejące się włoski. :) Polecam szczególnie tym z Was, które mają problem ze sztywnymi i nieukładającymi się włosami. :)


* Maska do włosów Kallos z proteinami mleka.

Tego też używam jako odżywki, rzadko kiedy jako prawdziwej maski. Wiem, że opinie na temat tego produktu są podzielone- mi on bardzo odpowiada, choć nie mogę go używać jakoś specjalnie długo. ;) Raz na jakiś czas muszę odstawić. Sądzę, że winne temu są zawarte w tym cudeńku proteiny mleka, które przeproteinowują fryz. Kosztuje około 12-13 zł + wysyłka (można znaleźć na przykład na www.paatal.pl ) a jest jej... aż litr! Chociaż na moje włosy wystarcza mi na około miesiąc (tak, zawsze nakładam jej tyle, że aż spływa mi z włosów... ;), to i tak polecam ją z czystym sercem. Włosy sa miękkie, lejące i.. pachnące jak diabli! Produkt ten pachnie bowiem jak ciastko kokosowe z mlekiem. Pyyyyyycha! I uwaga. Zapach utrzymuje się na włosach na pewno przez cały dzień. ;) Warte wypróbowania.



* Szampon do włosów Babydream

O nim nie będę się również zbytnio rozpisywać, ponieważ świat blogosfery pisał o nim już sto lat temu i to bardzo, ale to bardzo obficie. Fakt jest jeden. Od kiedy przerzuciłam się na dziecięcy szampon, który nie zawiera SLS, SLES i parabenów- moje włosy zaczęły rosnąć. I jak zawsze miałam jedną długość (uważałam, że nie rosną, a tak na serio, to kruszyły się na potęgę...;), tak teraz widzę odrost i widzę zmianę długości włosów. Myślę, że do czupryny za pas już bliżej, niż dalej. ;) Oczywiście włosy muszą przyzwyczaić się do odstawienia zapychaczy (nie musimy z nich rezygnować tak w ogóle, forewer- jak widzicie wyżej- ja uwielbiam odżywki, które zawierają silikony, ale do skóry głowy ich nie chcę!) i na początku może wydawać się nam, że są szorstkie i nie do życia- dajmy temu czas. Kosztuje 4-5 zł, słabo się pieni, ale pachnie dzidzią i działa cuda. :)



* Masło do ciała Farmona - Tutti Frutti- Jeżyna + Malina.

Właściwości pielęgnacyjne praktycznie żadne, ale ZAPACH!!! Cudo! Mamba malinowa z kapką jeżyny, pachnie na mnie nieznośnie długo, ale za to je uwielbiam. :)


* Rexona Maximum protection.

Ten skarb znalazłam kiedyś w jakimś Shinyboxie. Nie pachnie jakoś powalająco, ale to, co dla mnie zrobił przewyższa walory zapachowe, z pewnością. :) Używałam go przez około... 3-4 miesiące? I od tej pory nie mam problemu z przykrym zapachem, nawet jeżeli sytuacja wymusi na mnie lawinę wilgoci pod pachą. ;) Wiem, że nie brzmi to zachęcająco, ale warto spróbować. Dodam, iż byłam wtedy po próbach etiaxilowych, ziajablokerowych i tak dalej. Wybrałam ten. Na okres letni znowu będzie trzeba się w niego zaopatrzyć. I wiem, że najlepiej działa własnie wersja niebieska. :)



* Serum do włosów Green Pharmacy.

Nie ma co dużo gadać. Tanie i świetne serum do włosów. Nie ma w sobie jedwabiu i nie działa do końca jak jedwab, choć jedwabiem się zwie. :) Skład ma piękny, zapach przyjemny, nie obciąża włosów (co dla mnie jest baaaardzo ważne) choćbyśmy nałożyły go na włosy tonę. :) Kosztuje coś około 10 zł, dostępne w Rossmannie. :)





* Plastry do depilacji twarzy Sensual - Joanna.

Wprawdzie nie mam problemów z wąsikiem ,bo go nie mam, ale mam za to hopla na punkcie idealnych brwi. Nie lubię bawić sie z pęsetą- to długotrwałe cierpienie :D - ale plastry spisują się rewelacyjnie. Zrywają każdy meszek z okolic brwi, wosk ładnie usuwa się oliwką dołączoną do zestawu, jest ekstra. Trzeba tylko uważać, jak się to ustrojstwo klei, żeby nie wyrwało nam włosków, które chcemy zostawić. :) ale o tym jak to robię- może kiedyś napiszę. :)


Z pielęgnacji to by było na tyle, jeżeli chodzi o drogeryjne sprawy. Przejdziemy więc do kolorówki. :)


* Podkład Revlon Colorstay cera tłusta i mieszana, odcień 150 Buff.

Jako iż podkład ten jest dla naszej skóry okropnym, zastygającym ciężarem, to jak idę gdzieś na cały dzień i chcę mieć pewność, że nic mi się na twarzy nie poruszy- mąka + colorstay i nawet nie drgnie. Nie wiem, dlaczego, ale tak jest. Nie używam go codziennie, a jeżeli już to na okolice strefy T, ale i tak kocham go nad życie. (opakowanie mogłoby posiadać pompkę. Ale ok, nie narzekajmy... :)


* L'Oreal True Match Super Blendable- N1.

Mniej trwały, niż poprzednik, ale za to dobrze kryjący, mniej zapychający, nie oksyduje na skórze i nie robi się pomarańczowy, duża gama kolorystyczna. Niczego więcej nie chcę. :)




* Kredka do brwi Catrice Eye Brow Stylist. (020)

Używam ich nagminnie od długieeego czasu. Jest twarda, nie spływa z twarzy, naturalnie wypełnia luki między brwiami, jest tania! Mój must have!




* Żel do brwi MIYO

Tani, naturalny, dobrze wyczesuje nadmiar produktu, dobrze utrwala brwi, ale nie jest też klejem superglue, ktory przykleja brwi do skóry na zawsze. Wciąż podążają za mimiką twarzy. ;)



* Makeup Revolution, Iconic 3.

Nie używam tej paletki długo, ale używam bardzo namiętnie. Do dziennego makijażu- idealna! Cienie dobrze napigmentowane, nie zbiegają z oka, przy dobrej bazie nie zbierają się w załamaniu i nie znikają. Czego chcieć więcej za taką cenę? :)

* Catrice Kamuflaż w kremie.

Cudowny produkt. Jeżeli Catrice zadecyduje się go wycofać, to osobiście idę na pikietę, albo kamikaze do siedziby. ;) Niezwykle kryjący, kremowy korektor. Na punktowe niespodzianki niezastąpiony!!!
( nie radzę kłaść pod oczy, ciężkawy)




* Kredka Essence Big Bright Eyes (nude)

Mój absolutny faworyt. Zawsze, jak jestem przy szafie Essence w naturze- biorę jedną zapasową, bo boję się, że to limitowanka i zniknie! :( Piękna kredka w kolorze mlecznego różu, idealnie nadaje się na linię wodną, gdy chcemy rozjaśnić spojrzenie, w kąciki oczu, czy- moje ulubione zastosowanie- pod łuk brwiowy w celu wyczyszczenia i rozjaśnienia go. Kosztuje śmieszny pieniądz, jak na taką jakość. Jest mięciutka, idealnie się rozciera, nie sprawia problemów przy aplikacji. Ideał!


* Skrobia ziemniaczana.

Tak, tak. Już o tym pisałam. I zdania nie zmieniam. ;) I D E A L N Y puder!



* Inglot - Pędzel do rozcierania cieni, nr 19P

Sprawa jest prosta. Od kiedy go mam- blendowanie cieni to sama przyjemność. Nadaję chmurkę koloru, mało precyzyjny i raczej nie w samo sałamanie- brak szpica. Ale uwielbiam go.




I cóż... dobrnęliśmy do końca. :) Co prawda znalazłoby się jeszcze kilka produktów, ale nie byliby to ulubieńcy roku, a tygodni, czy miesięcy. A chciałabym dłużej potestować, zanim coś Wam polecę. :)

A Wy? Czego najczęściej używałyście w minionym roku? :)
Podzielcie się tym ze mną w komentarzach. :)

Buziaki, Patrycja.

środa, 14 stycznia 2015

Żurawie origami...

Cześć kochane! :)

Dziś makijaż (taaaaak, znoooowu... ;), który jest moją odważną i błyszczącą propozycją na walentynki. To dla tych z Was, które lubią mocno podkreślone oko i nie boją się kolorów. :)
Jedziemy z tematem!





Lista użytych kosmetyków: 

* Podkład: Revlon Colorstay- odcień 150 Buff
* Korektor: Catrice Camouflage Cream Corector- odcień 010
* Puder: Mąka ziemniaczana. ;)
* Bronzer: Kobo Professional Matt Bronzing & Contouring Powder
* Rozświetlacz: Makeup Revolution, Vivid Baked Highliter
* Cienie: Makeup Revolution- paleta Iconic 3, cień sypki Inglot nr 86
* Brwi: Kredka Catrice Eye brow Stylist, kolorek numer 3, Żel do brwi- MIYO
* Rzęsy: tusz Lovely- Curling Pump Up Mascara
* Linia wodna: kredka Essence- Big Bright Eyes, kolor Nude

* Baza - kamuflaż z Catrice.



1.  Po naniesieniu na powiekę warstwy leppiego kamuflażu- zaznaczamy załamanie powieki. Użyłam do tego ciemnego brązu z paletki MUR - Iconic 3. Cień blenduję do góry i wyciągam lekko w zewnętrznym kąciku oka- zrobi nam się z tego kocie oko.


2. Na pozostałą częśćpowieki ruchomej nanoszę brudny róż z tejże samej paletki. Cienie delikatnie zacieram ze sobą.


3. W wewnętrzny kącik oka wędruje najjaśniejszy, beżowy cień. Chcemy tym samym rozświetlić spojrzenie.



4. Tuż przy górnej linii rzęs rysuję cienką kreseczkę najciemniejszym cieniem z palety. Ma to zagęścić nam optycznie nasze rzęski, :)


5. Dolną powiekę zaznaczam cieniem w odcieniu średniego brązu. Zależy nam ty na mgiełce koloru- nie zaś na mocnej, cienkiej linii. W tym samym czasie na dolną linię wodną nakładamy mleczną kredkę z Essence. Taki trick otwiera nam oko. (optycznie. ;)


6. Jeżeli nie lubicie mocnych, szalonych makijaży- możecie zakończyć na poprzednim etapie. Rzęsy podkręcić zalotką, wytuszować i opcjonalnie dokleić sztuczne.
Ja jednak idę dalej.
Używając kleju do rzęs- rozsmarowuję go delikatnie i cienką warstwą na górnej powiece i przyklejam do niej cień sypki z inglota nr 86. Jest to przepiękny mieniący się cień w kolorze różu, który opalizuje na złoto. Najcudowniejszy cień, jaki widziałam!



7. Żelowym eyelinerem rysuję kreskę wyciągając ją standardowo w jaskółkę w zewnętrzym kąciku oka. Lekko rozcieram ją pędzelkiem języczkowym.


8. Rzęsy podkręcamy zalotką, tuszujemy dość intensywnie, ewentualnie doklejamy sztuczne.
Brwi robię po staremu. ;)






Twarz wykonturowałam bronzerem z Kobo, na policzki naniosłam również rozświetlacz, a usta musnęłam ledwie bezbarwną pomadką. Tego wieczoru mamy być całuśne! :)


Co powiecie na pogadankę o pędzlach do makijażu?
A może chciałybyście, żebym odtworzyła jakiś makijaż, jakiejś sławnej osoby?
Być może recenzja jakiegoś produktu?

Dawajcie koniecznie znać! :)

Buzia, 
Patrycja.

Mój fanpage:

czwartek, 8 stycznia 2015

nauka...

Hej Beauties. :)


     Dzisiejszego, listopado... eeee styczniowego! Styczniowego dzisiejszego wieczoru nie przychodzę z makijażem (budzą jakoś mało entuzjazmu... ;), a z recenzją czegoś z kolorówko/pielęgnacji.
Co prawda powinnam uczyć się do egzaminu z Kosmetyki pielęgnacyjnej Twarzy Szyi i Dekoltu, ale oczywiście wszystko ważniejsze jest, niż nauka...

Mowa o moim małym bohaterze- balsamie do ust z Catrice- Beautifying Lip Smoother





     Usłyszałam o nim niedawno, w którymś z rzędu filmiku mojej makijażowej guru- Maxineczki. Jest ona bowiem wielbicielką balsamu do ust z Clarinsa, który kosztuje niebagatelną sumę- bo około 80 zł. Nie wątpię, że jest tej ceny wart, natomiast, żeby wydawać takie pieniądze na balsam do ust- musiałabym zacząć normalnie zarabiać. ;)

     W owym filmie prześliczna panienka wspomniała, że balsam jest fajny, skonstruowany nawet bliźniaczo do jej ukochanego balsamu. Śliczna metalowa zakrętka, na aplikatorze ultra przyjemna gąbeczka, zapach fajny, smak- słodki (mniam mniam! :) i w zależności od wybranej wersji kolorystycznej- coś tam barwi. Ja skusiłam się na brzoskwiniowy wariant (kolor, nie smak ;), ponieważ lubię takie lekkie, odświeżające kolory na ustach. Tym bardziej, że nie jest to kolor transparentny, a jedynie mgiełka koloru. No i ma wygładzać. 
     
     Nie wiem, jak Wy- ale ja zimą i upalnym latem mam nie lada problem z wysuszeniem i pękaniem ust. Ciężko jest mi je czymkolwiek ratować, bo uodporniły się już nawet na Tisane- teraz tylko je drażni. (albo coś mącili w składzie- jeżeli ktoś jest bardziej obeznany, niż ja, to może się wypowiedzieć) 

     Na noc zawsze nakładam grubą warstwę masełka Nivea (malinowe, kocham!), ale za dnia jest to diablo uciążliwe. A no bo... a no bo raz, że wyjmujemy paluchem, a dwa, że jeżeli chcemy jakiegoś tam względnego nawilżenia, a nie natłuszczenia, to nie ma szans na to, żeby nie zostawały nam białe smugi na ustach.

 A damom to nie wypada. 


Zabrałam się więc za testowanie mojego (jak się później okazało...) ulubieńca.
Co robi? Ano przede wszystkim nie jest mocno klejący. Jego formuła nie jest też do przesady lekka, czego nienawidzę, szczerze. Balsam musi trochę te usta dociążyć, żeby je dobrze przed zimnem ochronić.
Ma fajny, słodki zapach (tak, zapach) i pyszny, słodki smak.
No i cudnie mi te usta wygładza. Nie przesusza w ciągu dnia, mogę go dosmarowywać bez obawy, że za chwilę na moich ustach pojawią się suche skórki.

Trwałość- jak to przeciętny balsam do ust. W pracy ciągle gadam z klientami, więc zjada się dość szybko, ale ważne dla mnie jest, że nawet wtedy, jak go zjem, to usta pozostają przyjemnie miękkie.

Cena? Też standardowa. Choć powiedziałabym, że jak za same plusy no i tak ładne, estetyczne opakowanie- to niska. Około 11-12 zł.

Dostępne są trzy wersje kolorystyczne. Karmelowa, brzoskwiniowa i różowa.

Dostępność? 
Drogerie Natura i Hebe. No i wszędzie tam, gdzie istnieją szafy Catrice. :)

Któraś z Was miała? Któraś testowała? Jak wrażenia?
Koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach. :))



Buziaki,
Patrycja.

Zapraszam też na mojego fanpage'a :)