sobota, 29 listopada 2014

Henna i...rozwiązanie rozdania. :)

Hej ślicznotki! :)

Dziś przybywam z postem o znienawidzonej przeze mnie hennie.
A na koniec wynik rozdania. :)

Dlaczego nienawidzę henny?
Ten, kto widział moje wcześniejsze zabiegi- na pewno wie.
Robiłam to wielokrotnie czarną henną (jestem blondynką, naturalną ;) smarując brwi jak wlezie, a później zmywając ją przyzywałam wszystkie postaci z mitologii. Miałam po prostu dwie, czarne krechy grubości... na dwa palce mniej, czy więcej. :) W porę się jednak opamiętałam i zaczęłam robić to z głową. Specem na pewno nie jestem, ale kilka wskazówek mogę udzielić.



1. Robiąc hennę brwi- nie wybierajmy koloru, który jest dużo ciemniejszy, niż nasze naturalne włoski. Oczywiście białe blondynki typu mąka- jak ja- muszą wziąć brąz, inaczej się nie da. Ale nie kładźmy czarnej henny na białe włoski. Ani rude. Ani brązowe. Czarną hennę kładziemy na czarne brwi. I to bardzo ostrożnie.


2. Sprawa tyczy się również farbowanych dziewczyn. Jeżeli mamy czarne, farbowane włosy, ale oprawa oka jest jasna- z czarnymi brwiami będziemy wyglądały dramatycznie. Połóżmy brąz, przetrzymajmy nawet kapkę dłużej, ale wszystko róbmy z głową.


3. Nakładając hennę- koniecznie róbcie to czymś, co pozwoli Wam je precyzyjnie wyrysować. Ja robię to na przykład pędzlem do eyelinera/brwi (cieniutki i skośnie ścięty). Czasami w zestawach są plastikowe szpatułki. Legenda głosi, że ktoś, kiedyś... nauczył się nimi malować. Jeżeli opanowałyście tę sztukę- droga wolna. ;) Pamiętamy jednak, żeby nigdy nie robić tego patyczkiem kosmetycznym do uszu, czy czymś w podobie. Musimy nadać brwi definicję, a nie ją totalnie rozmyć.


4. Nie trzymajmy ustrojstwa za długo. Lepiej zmyć i nałożyć ponownie, jeżeli kolor nam się nie spodobał, bo był za słaby, niż później chodzić z brwiami od ekierki, uwierzcie.


I tak zaczynamy.

Mój zestaw: 



1. Od lewej: pędzelek, henna, kieliszek (do rozrabiania), woda utleniona i opakowanie.





2. Zaczynamy od demakijażu mordeczki. Ja zmazałam tylko brwi, żeby jakoś tam się prezentować.

Nie, nie jestem na golasa. ;)




3. Zaczynamy rozrabianie henny. Tak, wiem, nie wygląda najlepiej. (nie mówcie, jak co.)






4. Bo jak wymieszamy, to wygląda, jak czekoladka.




5. Nakładamy na brewkę. Nie przejmujmy się, że przez chwilę wyglądamy, jak pani z opakowania henny. Nam to przejdzie- jej już nie. Fajnie jest też rozcierać produkt na brwi tak, żeby było go na przodzie i górze jak najmniej- uzyskujemy w ten sposób gradient. Moja henna była na tyle delikatna, że postanowiłam tego nie robić- nie byłoby bowiem w ogóle widać efektu.





6. Tak wygląda brew po zmyciu. Ma fajną, delikatną, naturalną definicję. I o to mi się rozchodziło.

Pamiętajmy też, żeby regulować brwi dopiero po nałożeniu henny. Dlaczego? a no, dlatego, żeby nie wyrwać niepotrzebnie ładnie rosnących sobie włosków. Po zrobieniu dopiero zobaczymy, które są nam na serio zbędne.

VOILA. :)

_____________________________________________

Druga część mówi już o rzeczach przyjemniejszych- mianowicie zakończenie rozdania. 
Oto lista dziewczyn, które spełniły wszystkie wymogi, które potrzebne były do wzięcia udziału w moim małym konkursie.


Poukładane jesteście myszki zgodnie z kolejnością nadawania komentarzy. I żeby nie było, że machloję- wylosowałam randomowy numerek.



Zatem wszem i wobec ogłaszam, iż nagroda leci do Natalii Badźmierowskiej. :)

Natalio- wszystko, co musisz zrobić, to napisać do mnie wiadomość na moim profilu na fejsie z adresem wysyłki. :) No i oczywiście po otrzymaniu kosmetyków zatagować mnie u siebie na tablicy. :) Oczywiście jeżeli wygrana się nie zgłosi do trzech dni- robię nowe losowanie. :)

Gratuluję!

Następny konkurs będzie, jak stuknie nam pińcetka. :D

Buziaki! 
Patrycja


mój fanpage:

https://www.facebook.com/dustofourbeauty?ref=hl

poniedziałek, 24 listopada 2014

brwi. :)

Cześć. :)

Dziś przychodzę z postem o brwiach, ponieważ widzę, iż budzą one najwięcej zainteresowania.
To nie jest tak, że z dnia na dzień nauczyłam się je robić dobrze. Do tego potrzeba ćwiczeń, prób i błędów, żeby dojśc do właściwego dla nas kształtu, grubości, koloru...

Zaczynałam od obrzydliwych ogryzków. Miałam kiedyś taki fun i takiego lenia, że nie chciało mi się brwi regulować. Po prostu tę nieszczęsną końcówkę goliłam maszynką do golenia. Było idealnie gładko i szybko. I super! Tyle tylko, że moje brwi wyglądały, jakbym ich nie miała, a malowałam je niemalże od "ekierki". Oto efekt (przed transformacją i po...)



Po wielu próbach i wielu błędach - doszłam w końcu do swojego ideału i tego się będę - póki co - trzymać.

Zaczynajmy!

1. Brwi należy dokładnie wyczesać. Czym? Szczoteczką do brwi. W wielu kredkach taka szczoteczka jest, jeżeli nie, to można sobie taką kupić, albo wypłukać starą szczoteczkę po tuszu do rzęs. :)


2.Kolejno- definiujemy dolną linię brwi. Pamiętajmy, żeby robić to dobrze naostrzoną kredką. Gdzie powinna się zaczynać, gdzie unosić, a gdzie kończyć? Przyłóżcie sobie jeden koniec pędzelka (ołówka, długopisu...) do płatka nosa. (po tej samej stronie, co malowana brew, żeby była jasność. ;)) Następnie- Linia prosta od płatka nosa w górę- wyznacza nam początek brwi. Następnie przesuwamy pędzelek jednym końcem tak, aby trzonek przechodził nam przez środek oka. Tu się unosi. A teraz- dalej jeden koniec trzymając przy płatku nosa- przekładamy trzonek tak, żeby dotykał kącika naszego oka. Tam, gdzie pędzelek wskaże- brew powinna się kończyć. Patrzymy oczywiście na wprost, żeby nie było. Obrazuje to ta grafika:





3. Następnie zamalowujemy (czy też podkreślamy) końcówkę brwi. Pamiętajmy, by w miarę końca- brew zwężała się- aż do ostrego koniuszka. (Ja na końcówce brwi nie mam już włosków, chociaż usilnie pracuję nad tym, aby w końcu wyrosły- więc ja ją sobie domalowuję... ;)


4. Delikatnymi ruchami kredki (wręcz dziubiemy brew) wypełniamy resztę. Pamiętajmy, aby produktu nie było zbyt dużo- żeby wyglądało to dobrze- musi to wyglądać naturalnie- ergo- nasze włoski nie mogą zniknąć w zbyt ciemnym, czy intensywnym produkcie, Musicie też wiedzieć, że to nie jest tak, że na całej długości brwi ma być taka sama intensywność produktu. Na końcu brwi nakładamy go najwięcej- a w miarę zbliżania się do przodu- mniej. Tak samo sprawa ma się z kierunkiem góra- dół. Na dole linia ciemna, im wyżej- tym wszystkiego mniej.


5. Po wypełnieniu brwi- bierzemy tę samą szczoteczkę, którą je układałyśmy przed nałożeniem kredki- przeczesujemy całość tak, aby wyrównać wydziubany kredką kolor. Najmocniejszy nacisk kładziemy na początku brwi i w ich górnej części. Wyczesujemy je lekko po skosie w górę. ( nie wiem, czy dobrze się wyraziłam... :D)


6. Żeby już całkowicie pozbyć się nadmiaru kredki i utrwalić włoski na tyle, żeby nic nam się nie ścierało, a włoski nie biegały po całej buzi- przeczesujemy brwi... żelem do brwi. :) (krok opcjonalny, ja sobie nie wyobrażam bez niego malowania)


7. Na łuk brwiowy nanosimy: korektor/białą kredkę/jasną, cielistą kredkę/ rozświetlacz/beżowy, jasny cień... etcetera. Ważne, zeby rozświetlić tę okolicę i unieść, czy optycznie wyliftingować tę okolicę.


8. Wszystko ładnie rozcieramy- ja używam do tego najpierw malutkiego, skośnego pędzelka- żeby wyrównać ewentualnie wcześniej skopaną robotę i jeszcze wyostrzyć dolną linię- a później palca- wklepując moją ulubioną, mleczną kredkę z essence w cały łuk. Nie matowię tego na koniec. Niech się błyszczy. :)



A tak się prezentują produkty potrzebne do takiego wypełnienia brwi. ;) No dobra, ja po prostu takich używam. Od lewej: Kredka z Catrice, Żel do brwi z MIYO, mleczna kredka z Essence- Big Bright Eyes kolor nude, oraz maleńki skośny pędzelek z zestawu do brwi Catrice. Możecie użyć takich produktów, jakimi władacie. Grunt, żeby było podobnie. :)


Kształt brwi to oczywiście kwestia indywidualna i to zasługuje na zupełnie osobny post- pamietajmy jednak, że makijażem możemy zakryć wieeeele mankamentów. Moje na przykład brwi są jasne i rzadkie- ukrywam to makijażem i wiele osób moje brwi chwali.

Pielęgnacja?
Codziennie wieczorem smaruję je olejem rycynowym lub pomadką rumiankową z Alterry. Nie mam zasady, stosuję je w różnej kolejności. ;)

Co z henną? Robię, czasem. Niezbyt często, bo i tak muszę je później przemalować, a henna diablo szybko się wypłukuje. Jak będę robić, to pokażę Wam - jak to robię.


I jak, pomogłam Wam troszkę? :)

Patrycja.

Mój profil na facebooku:
https://www.facebook.com/dustofourbeauty

niedziela, 23 listopada 2014

Idealny puder matujący...

Cześć ślicznotki!

Dzisiaj przychodzę do Was z nietypowym postem. Nietypowym nie dlatego, że temat jest nietypowy, ale nietypowe jest rozwiązanie. I jak mówię rozwiązanie- mam na myśli prawdziwy soluszyn na Wasze problemy z tłustą buźką. :)

Od początku kariery zmagam się z tłustą skórą. Nie pomagały/nie pomagają żadne, absolutnie żadne pudry, testowałam wysokie i niskie półki. Po każdym wyglądało to tak samo- 2-3 godziny względnego spokoju, po tym cake na twarzy i albo:
a) trzeba było zmatowić bibułką, która przy okazji zjadała podkład (chyba nie potrafię tego robić...)

b) trzeba było znowu dołożyć pudru- robiąc na twarzy przepudrowanego zakalca

c) odciąć sobie twarz?!

Pogodziłam się ze swoim smętnym losem, nie pomógł ani super zapychający i zastygający na twarzy Revlon Colorstay (chociaż pomagał utrzymać twarz w ryzach najdłużej ze wszystkich...), ani marudzenie, ani nic nie pomagało.

Z odsieczą przyszła siostra i... MĄKA ZIEMNIACZANA!
Dziewczyny, jestem całkiem trzeźwa i poważna.

Kiedy siostra powiedziała mi o tym- postukałam się w głowę. Znowu coś wymyśla, a ja mam zbyt wrażliwą skórę (którą wszystko zapycha...) na takie eksperymenty. Ale dobrz. Pójdę, kupię, spróbuję, najwyżej wyrzucę. I po problemie. Ale nigdy już jej nie wyrzucę. Oficjalnie ogłaszam, iż specyfik, który kosztuje 3 zł za 500g- na zawsze zostanie w mojej kosmetyczce.

Wypróbowałam. Poszłam do pracy na calutki boży dzień. Jakież było moje zdziwienie, gdy po ładnych 5-ciu godzinach poszłam do toalety. Zbliżając się do lusterka pomyślałam, że to niemożliwe. Nie ma takiej opcji, żeby to było jeszcze na twarzy. I... SZOK! Totalny szok, zawał serca- mat na twarzy! Po absolutnie całym dniu, w którym nie dotykałam twarzy pędzlem na moim problematycznym nosie (z którego zawsze z resztą w ciągu dnia musiałam totalnie zetrzeć podkład i położyć wszystko na nowo- zakalec na twarzy formował sobie nowy nos...) pojawił się leciutki, ładny i zdrowy błysk, którego nawet nie miałam ochoty zakryć- twarz wreszcie wygladała naturalniej. :) Na pozostałej twarzy podkład został nienaruszony, a mój narzeczon całując mnie w czoło zdziwił się nie na żarty, że jego usta nie przyklejają się do mojej twarzy.

Jak to zrobić, żeby było najwygodniej?

Otóż przesypać do pudełeczka z sitkiem. Jeżeli mamy na stanie jakieś po starym pudrze- super, jeżeli nie - możemy poszukać takich opakowań na allegro, czy nawet zainwestować w Naturze w puder sypki z My Secret, wysypać go i wsypać tam nasz cud-puder.
Dupa tam ze wszystkimi pudrami ryżowymi, matującymi na 24 godziny, czy jak im tam!
Skrobia ziemniaczana zostanie ze mną do końca życia.

I uwierzcie mi. Jak mówię, że rewelacja, to rewelacja. Mówię to ja, posiadaczka fontanny sebum z twarzy. 

Uważajcie tylko i nie pudrujcie dla własnego dobra brwi i powiek- zachowajcie do tego zwykły puder, bo później te miejsce będzie tak matowe, że nic na to nei nałożycie. Sprawa sprawdzona.

P.S. Mam też wrażenie, jakoby mąka zaczęła rozprawiać się z moimi niespodziankami na twarzy- wszystkiego nakladam o 3/4 mniej, a więc skóra lepiej oddycha, a łój nie pozwala się temu brzydactwu dalej rozwijać.

Nie polecam posiadaczkom cer suchych. Wy sobie rozświetlajcie. Każda natomiast z Was, która posiada cerę tłustą, albo mieszaną- przetłuszczającą się w strefie T- obowiązkowo, powtarzam- O BO WIĄ ZKO WO musi się z mąką zaznajomić.

P.S. 2 - nie. Nie bieli nam to twarzy. To transparentna sprawa. (o ile nie nałożymy na twarz całych 500 g...)

P.S.3 - Nie. Nie może być pszenna, albo tortowa. Obowiązkowo ziemniaczana. :)




Dajcie znać, czy próbowałyście, a jeżeli tak, to czy jesteście zadowolone?

Buzzzzziaki!

Patrycja

czwartek, 20 listopada 2014

Odżywka Nivea Long Repair.

Drugi post w dniu dzisiejszym, bo obiecałam coś zrecenzować. Zaczniemy więc może od mojej ulubionej ostatnio odżywki Nivea- Long Repair.




Zaczynając od samego początku muszę wspomnieć, że ze swoimi włosami mam nie lada przeboje od kilku lat. Prawie ciągle były jednej długości, (na pewno nie rosły, a nie się kruszyły. To nic, że odrost. Po prostu nie rosły ;), puszyły się, były w brzydkim żółtym kolorze, (a w międzyczas rudy, ciemny brąz, brąz... bla bla bla), miały okropny kształt, nie dało się ich nijak ułożyć. Pierwszym krokiem było odstawienie szamponu z SLS i SLES. Zdecydowałam się na Babydream z Rossmanna. Czasami myłam też włosy płynem do higieny intymnej z Rossmanna. Facelle, niebieski bodajże. Ale do tego włosy dość szybko się przyzwyczajały i znowu puszyły. (Czasami z braku laku nadal nim myję... ;) Generalnie jednak od kiedy stosuję Babydream skończyły się moje problemy z łupieżem i o dziwo (pewnie nie od samego szamponu, choć się łudzę... ;) włosy zaczęły zmieniać długość. Próbowałam tysiące odżywek- z silikonami, czy bez- te z silikonami były różne. Niektóre średnie- np. ta duża, z Welli, niektóre PASKUDNE, OKROPNE, WSTRĘĘĘTNEJSHDSYHAGGGGRRRR- każdy produkt firmy Schwarzkopf  ( syoss, schauma i te ich nowe... Essence ultime? Paskudztwo, po odżywce mam takie strąki, jakbym miesiąc nie myła głowy. Zużywam do golenia nóg- przynajmniej ładnie pachną. :) i dość dobre- na przykład odżywki Garniera. Te bez silikonów- choć mocno w nie wierzyłam- sprawdzały się paskudnie. Plątały włosy, nie dociążały, choć próbowałam używać ich dość długo- sądziłam, że włosy przyzwyczają się- nie. No po prostu nie. Nie dało się. I kieedyś tam zaleciałam na bloga Aliny ( Brunette's Heart Makeup) i pisała coś o odżywce Nivea Long Repair. Dlaczego nie spróbować?
I nagle silikoniarz wyrwał mnie, jak dorosły rockman małą dzierlatkę. Nie wyobrażam sobie teraz pielęgnacji bez użycia tej odżywki.

Przyjrzyjmy się składowi.
Skład: Aqua, Stearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Dimethicone, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Hydrolyzed Keratin, Orbignya Oleifera Seed Oil, Oryzanol, Silicone Quaternium - 18, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Coco Betaine, Cocamidopropyl Betaine, Trideceth - 6, Trideceth- 12, C12-15 Pareth-3, Lactic Acid, Sodium Chloride, Methylparaben, Propylparaben, Phenoxyethanol,Linalool , Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Benzyl Alcohol, Parfum.

Co ciekawe- na dość wysokim miejscu znajduje się tu... Keratyna!
Ja robiłam prostowanie keratynowe jakiś czas temu i choć efekt całkowitego sprostu minął szybko, to do tej pory jestem z tego zadowolona- włosy są ujarzmione. 

Jak używam? Standardowo. Wyciskam na dłoń, wielkość... hm, takiego zdrowego orzecha włoskiego- nakładam na włosy i trzymam ok. 5-7-10 minut. (zależy, ile pod prysznicem mam przemyśleń na temat życia i śmierci i innych problemów natury metafizycznej... :D ) Konsystencja jest gęsta, treściwa- mogłabym jdynie przyczepić się do opakowania- odżywkę ciężko się wyciska- plastik jest dość twardy. Spłukuję chłodną wodą (nie zimną, nie gorącą! Chłodną! Domykamy łuski włosa!) i woila!
Włosy są miękkie, sypkie, cudnie lśniące, odpowiednio dociążone, ale nie OBciążone. Każda fryzura robi się na nich bajkowo.

Regularna cena to ok. 10 zł za standardowe opakowanie (200 ml), więc jest to cena dość normalna, jeżeli chodzi o odżywki. Jak dorwiecie gdzieś na promocji- polecam. Szczególnie, jeżeli Wasze włosy kłócą się z Wami każdego ranka, tak jak moje bezczelne kłócą się ze mna. :)


Dawajcie znać, jakie produkty powinnam dla Was zrecenzować. Twórzmy to wspólnie- piszę przecież dla Was. :)

Buziaki, Patrycja.

Turkusowa dolna :)

Hej Beauties. :)

Jako iż dziś frekwencja nie dopisuje- postanowiłam sama zadecydować, że wstawię dziś makijaż. Postarałam się zrobić zdjęcia- krok po kroku. Oczywiście jakoś dziś jest średnia, ale obiecuję, że będzie coraz lepiej. Dzisiejsza propozycja to idealne rozwiązanie dla piwnookich. :) Oczywiście nie oznacza to, że innookie kobiety nie mogą go nosić- nie! Różowe złoto i brąz na górnej powiece podbiją także jasne odcienie oka. :)

Kosmetyki, których użyłam:
* Podkład: L'Oreal True Match Super Blendable- odcień N1
* Korektor: Catrice Camouflage Cream Corector- odcień 010
* Puder: Rimmel Stay Matte Pressed Powder - odcień 003
* Bronzer: Kobo Professional Matt Bronzing & Contouring Powder
* Rozświetlacz: Makeup Revolution, Vivid Baked Highliter
* Cienie: Makeup Revolution, paleta Iconic 3, Catrice Eyebrow Set, kredka Essence- Long Lasting Eye Pencil.
* Brwi: Kredka Catrice Eye brow Stylist, kolorek numer 3, Żel do brwi- MIYO
* Rzęsy: tusz Lovely- Curling Pump Up Mascara
* Linia wodna: Kredka Essence- Big Bright Eyes, wersja Nude.



1. Najpierw na całą powiekę ruchomą (górną :) nałożyłam kamuflaż z Catrice- ten sam, którego używam do tuszowania niedoskonałości. Oczywiście możecie użyć cokolwiek macie pod ręką- baza pod cienie, biała/cielista kredka, czy zwykły korektor pod oczy. Ten trick pozwoli nam na wydobycie większej głębi z cienia, kolorek wydaje się wtedy bardziej nasycony- podbija nam pigmentację. Dodatkowo cień ma się do czego przykleić. :) (celowo pomijam ten krok na zdjęciach- nie ma bowiem nic trudnego w pomazianiu całej powieki jednym z wymienionych wcześniej kosmetyków :)

2. Koncentrując się na środkowej części powieki- nakładam złoty cień (z podtonem różowego) z paletki Makeup Revolution Iconic 3. Posłużyć nam tu może jakikolwiek złoty cień. Przeciągamy kolor po całej powiece- zostawiając troszeczkę miejsca w wewnętrznym i zewnętrznym kąciku oka. Nie wyciągamy cienia ponad załamanie powieki (miejsce, w którym kończy nam się oczodół ;)


3. Od zewnętrznego kącika oka przez całe załamanie prowadzimy ciemny brąz. Ja użyłam tego z paletki Catrice do brwi- jednak znowu zasada jest taka sama. Może to być każdy ciemny brąz. Ważne, żeby miał mocną pigmentację, żebyśmy nie musiały męczyć się i zacierać złotego cienia. Cień blendujemy (rozcieramy) miękkim pędzelkiem do góry, trochę ponad załamanie. Ważne jest, żeby największa koncentracja koloru zbierała się w kąciku, a w miarę, jak poruszamy pędzlem do góry- ma wychodzić nam już tylko mgiełka koloru. Jeżeli zbyt mocno pociągniemy kolor ponad załamanie- zetrzyjmy to, lub obniżmy pudrem w kamieniu, czy jasnym, beżowym cieniem. Zależy nam na uzyskaniu gradientu. :)




4. Tuż przy linii rzęs, malutkim pędzelkiem nakładamy czarny cień- w zewnętrznym kąciku wydłużając go w standardową jaskółkę- tak, jakbyśmy rysowały kreskę eyelinerem. Można to oczywiście również zrobić czarną, miękką kredką, albo eyelinerem- ważne, żeby nasza kreseczka była miękka- nie chcemy w tym makijażu ostrych krawędzi.



5. Na dolnej linii rysujemy dość grubą kreskę jakąś kolorową kredką. Ja wybrałam przepiękny turkus z Essence- jest miękka i cudnie się rozciera. Kreska nie musi być równa, ani regularna- będziemy ją bowiem rozcierać (żeby nie zmniejszała nam oczka :). Ważne, żeby nie wyglądała, jak zapis EKG. :)



6. Kreskę na dolnej powiece rozcieramy tak, aby jej koniec szedł na spotkanie z naszą jaskółeczką w kąciku oka (namalowaną czarnym cieniem). Od razu dodałam Beżowy cień w wewnętrznym kąciku oka (ażeby rozjaśnić spojrzenie ) i malutkim pędzelkiem delikatnie przeciągnęłam ją wzdłuż dolnej powieki- tak do 1/3 długości.


7. Co zrobiłam w ostatnim kroku? To widoczne nawet gołym okiem. ;) Podkreśliłam brwi - była to kredka z Catrice- do brwi (jest wypisana w użytych kosmetykach), wytuszowałam rzęsy, naniosłam moją ulubioną łososiowo-mleczną kredkę z essence na linię wodną i pod łuk brwiowy. Genialnie się rozciera, nawet paluszkiem, nie powinnyście więc miec problemu. Oczywiście jeżeli użyjecie jasnego, beżowego cienia, czy białej kredki - z umiarem- nic się nie stanie. Każdy maluje tym, co ma. ;)

Tak prezentuje się skończone oczko.
Resztę twarzy zrobiłam według starego rytuału- podkład, korektor, brązer, róż i rozświetlacz. Na te posty przyjdzie czas. ;)




Jak Wam się podoba? Czy taki sposób przedstawiania makijażu troszkę rozjaśnia Wam sprawę?
Będziecie próbowały odtworzyć? :)

Buziaki, 
Patrycja.

środa, 19 listopada 2014

Oleje, oleje, oleje...

Cześć ślicznotki! :)

    Dziś- tak, jak obiecałam wczoraj- porozmawiamy sobie o olejach. Specjalnie nie piszę, że porozmawiamy o olejowaniu włosów, ponieważ wspomnieć chcę również o metodzie OCM ( Oil Cleansing Method). Zarówno na włosach, jak i na twarzy- przynajmniej mi- daje to świetne efekty.
Zacznijmy od olejowania włosów.


Po co to robić?

    Ano po to, żeby włosy dostały składniki, które są dla nich dobre ( witaminy- na przykład witamina E- w oleju z pestek winogron) i żeby je wzmocnić. Taki rytuał nie jest to wymysł współczesnych europejczyków, powstał bowiem wiele, wieeeele lat wstecz. (i jak mówię wieeeeele, to nie mam na myśli 30, ani 100 lat. ;) Na taki pomysł wpadły kobiety orientu, ażeby chronić swoje kłaczki przed niekorzystnym działaniem słońca i suchego powietrza. Jeżeli Twoje włosy zmęczone są ciągłym maltretowaniem ich różnymi- trafionymi, lub nie- zabiegami- metoda ta jest właśnie dla Ciebie!


Korzyści z olejowania.

Jeżeli masz matowe włosy- oleje dadzą im głęboki blask i piękną sypkość. Jeżeli kręcone- oleje poprawią skręt. Jeżeli farbowane- oleje zapobiegną matowieniu i utracie koloru. 
Olejowanie wzmocni włosy słabe, przeciwdziała wypadaniu, odpowiednio zmieszane oleje zapobiegną również nadmiernemu przetłuszczaniu się włosów. I wiele, wiele innych korzyści. Warto więc? Oczywiście, że tak! Tym bardziej, że taki rytuał nie zajmie nam długo, ani nie wymaga nadprzyrodzonych umiejętności.

Jakie oleje?

Zacząć możemy oczywiście od czegoś prostego, co mamy akurat pod ręką. Na przykład oliwa z oliwek. Z czasem- fajnie jest wprowadzić coś stricte pod kątem stanu naszych włosów. I tak:

Włosy suche, zniszczone- Polecane są: olej migdałowy, arganowy, kokosowy, z kozieradki, sezamowy, albo musztardowy.

Włosy skłonne do przetłuszczania się- oliwa z oliwek, olej sezamowy, winogronowy i jojoba.

Włosy z łupieżem- olejek z drzewa herbacianego.

    Oczywiście każda z nas musi sama- metodą prób i błędów- wybrać swój zestaw, ponieważ nie ma mieszanki, czy oleju, który pasuje absolutnie wszystkim. Na przykład ja- pomimo włosów zniszczonych- olejku arganowego używać nie mogę- włosy są okropnie obciążone- nawet po myciu- spuszone i splątane. 
Celowo też napisałam o mieszance, bowiem nie jest zabronione używanie kilku olejków na raz. Ważne, żeby robić to z głową. :)

    Na początek (jeżeli nie posiadamy w domu nawet oliwy z oliwek, a nasz budżet nie pozwala na zakupienie butli oliwy tylko po to, żeby maziać nią czuprynę:) mogę polecić również olejki z Green Pharmacy- dostępne w naturze (ciemne, płaskie buteleczki i kolorowe nakrętki Stoją w dziale z odżywkami. Kosztują ok. 5 zł, a mają fajne składy i działanie. Ja miałam olejek łopianowy z wyciągiem ze skrzypu polnego i działał rewelacyjnie. :)



Jak olejować?


No. Jak wiemy już, czym mamy dopieszczać nasze kudełki, to czas na szybki instruktaż- jak to robić?

Nie będę pisać o ilości, ponieważ każda z nas ma inne włosy. Są różnie grube i długie. Ważne jest, żeby nie przegiąć i olej nie ściekał nam po głowie- średnia przyjemność, a i domyć to później ciężko.

Przed użyciem fajnie jest naszą mieszankę troszkę podgrzać (na przykład w kąpieli wodnej) , bo wtedy lepiej wniknie nam wgłąb włosa. Pożądaną ilość wylewamy na dłoń i rozprowadzamy- od nasady, aż po same końce, jak- dajmy na to- serum. Taką mieszankę musimy pozostawić na głowie na - przynajmniej- 30 minut, najlepiej owiniętą ręcznikiem, żeby włoskom było ciepło. :) Po tym czasie włoski zmywamy, możemy nałożyć odżywkę (super sprawdzają się takie bez silikonów- widzimy wtedy lepsze skutki naszej terapii) i standardowo dalej traktować nasze włosy tak, jak musimy.




METODA OCM.



    Nie dla każdego będzie dobra, ale każdy może jej wypróbować. Chodzi w niej o to, żeby nie traktować buzi agresywnymi detergentami (nie mówię o domestosie, dziewczynyyy...), a zmyć buzię olejem. Brzmi strasznie? :) Nic z tych rzeczy! Nie od dziś bowiem wiadomo, że oleje rozpuszczają inne oleje (na przykład podkłady i sebum z naszej buzi), a przy tym dostarczają buzi składników odżywczych. 

Oleje mieszamy w proporcjach:
  • skóra tłusta : 30% oleju rycynowego + 70% oleju bazowego
  • skóra normalna: 20% oleju rycynowego + 80% oleju bazowego
  • skóra sucha : 10% oleju rycynowego + 90% oleju bazowego

Olej bazowy, to nasz olej, którego będzie najwięcej i który będzie naszą skórę pielęgnował- będzie do niej dopasowany.

Tak więc:

Dla skóry tłustej i mieszanej: olej z nasion malin, olej lniany, olej z pestek dyni, olej tamanu, olej jojoba

Dla skóry dojrzałej: olej macadamia, olej z pestek granatu,arganowy, z róży, z wiesiołka, z pestek śliwki

Dla cery naczyniowej: olej z pestek czarnej porzeczki, z pestek granatu, z rokitnika, macerat z arniki górskiej, z kasztanowca zwyczajnego.

Dla skóry suchej: olej kokosowy, olej z awokado, olej z pestek truskawek, olej macadamia, olej z orzechów laskowych, olej z kiełków pszenicy

Jak stosować? To proste.

Najpierw zwilżamy twarz bardzo ciepłą wodą (żeby pootwierały nam się pory!)

Nalewamy olej na dłoń (około łyżki) i rozprowadzamy, jak żel do mycia twarzy, (oczy lepiej zmyć wcześniej- choć oleje rewelacyjnie rozpuszczają również makijaż oka) masując twarz delikatnie, kolistymi ruchami.

Używając małego ręcznika, szmatki, pieluchy, czy jednorazowych nawilżonych chusteczek- wycieramy olej z twarzy. Ale nie od razu. Najpierw płuczemy wszystko w bardzo ciepłej wodzie, przykładamy do twarzy i chwilę odczekujemy (aż do wystygnięcia szmatki). Rytuał powtarzamy kilka razy. 

Po zmyciu- buzię potraktować zimną wodą (żeby pory nam się zamknęły :)
Na koniec oczywiście można troszkę oleju wmasować w twarz, ale nie jest to krok konieczny.



Ufff... wyszło trochę długo, ale mam nadzieję, że nie przynudziłam?
Dziewczyny- wdrażajcie metodę olejowania włosów i olejowego czyszczenia twarzy i koniecznie chwalcie się postępami w terapii.

Do napisania!
Patrycja.

Mój profil na faacebooku:
https://www.facebook.com/dustofourbeauty

wtorek, 18 listopada 2014

Jesienne smokey.

Cześć Beauties!

Niestety- pogoda nas nie rozpieszcza, za oknami klimat postapo, ale- nie można poddawać się chandrze! Dziś rano musiałam podjechać na miasto i pozałatwiać swoje sprawy (w tym zakupić nagrodę, którą będzie można wygrać w konkursie na 100 lajków na moim facebookowym fanpejdżu :), tak więc możecie wyobrazić sobie moją minę, jak wyjrzałam za okno i zobaczyłam szarugę. Ale nie- ja nie należę do tych strachliwych- listopadowa szarugo- stawiam Ci czoła!

Wykonałam dla Was jesienny makijaż smokey (które przez wiele kobiet traktowane jest jako makijaż ściśle wieczorowy- nie dla mnie!), w którym głównym akcentem kolorystycznym jest przepiękny cień z Inglota w kolorze czerwonego wina. :)
Mam nadzieję, że spodoba Wam się mój sposób na jesienną melancholię. :)

P.S. Wstawiłam makijaż, ponieważ to właśnie on zwyciężył głosami 4:3 z postem o olejowaniu. :)
Ale nie martwcie się. Jutro pod lupę idą oleje!

Kosmetyki, których użyłam:

* Podkład: L'Oreal True Match Super Blendable- odcień N1
* Korektor: Catrice Camouflage Cream Corector- odcień 010
* Puder: Rimmel Stay Matte Pressed Powder - odcień 003
* Bronzer: Kobo Professional Matt Bronzing & Contouring Powder
* Rozświetlacz: Makeup Revolution, Vivid Baked Highliter
* Cienie: Makeup Revolution, paleta Iconic 3, Inglot - nr 450 (w kolorze czerwonego wina)
* Eyeliner: Maybelline żelowy
* Brwi: Kredka Catrice Eye brow Stylist, kolorek numer 3
* Rzęsy: tusz L'Oreal Volume Million Lashes Extra Black
* Linia wodna: Eyeliner Maybelline żelowy




Mój profil na facebooku:

https://www.facebook.com/dustofourbeauty

Całuję!

Patrycja

niedziela, 16 listopada 2014

It's time to beggining!

     Witam Was wszystkie (wszystkich?) w ten listopadowy, chłodny wieczór.
(Swoją drogą- to cudowna pora, aby usiąść na tyłku z kubkiem gorącej herbaty i dać sobie upragniony relaks... :)


     Po wielu przemyśleniach, bójkach z samą sobą- postanowiłam utworzyć bloga urodowego. Dlaczego taka tematyka? Ot tak, dla kaprysu. Żartuję. Wszyscy, którzy mieli okazję poznać mnie- choć odrobinę- wiedzą, że tematyka urodowa/kosmetyczna jest najbliższa mojemu sercu i uwielbiam o tym mówić. Czemu więc nie popisać i nie podzielić się z Wami moimi makijażami, trickami, produktami, które używam, tymi, które polecam, a które z całego serca odradzam? Wiem, że wiele moich znajomych, moja siostra nawet- kupują dużo urodowych pierdółek za moją namową. I chyba żadna nie była niezadowolona. ;)

    Po części już liznęłam tematyki. A właściwie odkryłam ją już w całości.  ;) Na blogu pojawiać się będą recenzje kosmetyków, ich testy, rekomendacje, albo ostrzeżenia. Pojawiać się będą także makijaże- z czasem pewnie również wykonanie ich krok po kroku, oczywiście produkty, których używam i tak dalej...
Obecnie zaczęłam również uczyć się o kosmetyce nieco więcej i takimi poradami, czy wiedzą również będę się z Wami dzielić- dlaczego nie?
Dziś, na pierwszy ogień pójdzie makijaż, który wymajstrowałam siedząc w domu- bez żadnej szczególnej okazji.
Kosmetyki, których użyłam: 

* Podkład: L'Oreal True Match Super Blendable- odcień N1
* Korektor: Catrice Camouflage Cream Corector- odcień 010
* Puder: Rimmel Stay Matte Pressed Powder - odcień 003
* Bronzer: Kobo Professional Matt Bronzing & Contouring Powder
* Rozświetlacz: Makeup Revolution, Vivid Baked Highliter
* Cienie: Makeup Revolution, paleta Iconic 3
* Eyeliner: Maybelline żelowy
* Brwi: Maybelline Color Tattoo- kolor Permanent Taupe
* Rzęsy: tusz L'Oreal Volume Million Lashes Extra Black
* Linia wodna: Kredka Essence - Big Bright Eyes w wersji Nude.

Telefon zjadł mocno kolory, ale mam nadzieję, że coś tam się jednak da zauważyć. :)






Dajcie znać, czy Wam się podoba i co chciałybyście zobaczyć w kolejnym poście! Trzymajcie się cieplutko! :)

Patrycja.