wtorek, 30 grudnia 2014

Sylwestrowy!

Hej złotka!


Wiem, że już dość późna godzina, jak na publikację wszelakich treści, ale dawno mnie już tu nie było- a zbliża się... sylwester!
Jako iż maziać kosmetykami się uwielbiam, to przedstawiam Wam moją propozycję makijażu sylwestrowego!
Pięknie wydobędzie blask niebieskiej tęczówki, natomiast innookie Panie również mogą z nim poeksperymentować- wszakże nie musi być to przecież złoty brokat, ale i złoty będzie Wam na pewno pasował! Jesteście ciekawe, jak wykonać taki makijaż? Zapraszam do przewijania w dół! (ale stopniowo, nie, że od razu na koniec... ;)






Lista użytych kosmetyków:

* Podkład: L'Oreal True Match Super Blendable- odcień N1
* Korektor: Catrice Camouflage Cream Corector- odcień 010
* Puder: Mąka ziemniaczana. ;)
* Bronzer: Kobo Professional Matt Bronzing & Contouring Powder
* Rozświetlacz: Makeup Revolution, Vivid Baked Highliter
* Cienie: Makeup Revolution- paleta Iconic 3, cień Astor- prasowany cień w kolorze miedzi z dodatkiem złota, pigment sypki Inglot nr 37.
* Brwi: Kredka Catrice Eye brow Stylist, kolorek numer 3, Żel do brwi- MIYO
* Rzęsy: tusz Lovely- Curling Pump Up Mascara
* Linia wodna: Eyeliner żelowy z maybelline. (to samo, co i do kreski... ;)

* Baza - kamuflaż z Catrice.
* Rzęsy- randomowe z Superpharm.


1. Najpierw przygotowuję powiekę- nakładam kamuflaż, pudruję w kierunku od zewnątrz do wewnątrz-dość mocno, na to ponownie nanoszę kamuflaż. W tym makijażu- podobnie, jak w poprzednim- najpierw malujemy oko, później malujemy twarz. Dlaczego? Ano dlatego, że jak zrobimy odwrotnie- pigment osypie się nam na sto procent (pigment, czy też brokat, whatever) i nasza twarz wyglądać będzie jak wielka, bożonarodzeniowa bombka. I nie pomoże strzepywanie- uwierzcie. Przerobione. Po prostu robimy tak, jak mówię. ;)


2. W załamanie powieki nanosimy cień w kolorze jasnego różobrązu. (tak, właśnie wymyśliłam ten kolor, jakby kto pytał...) Będzie to nasz cień przejściowy, dzięki któremu cieniowanie/blendowanie będzie wyglądać naturalniej.


3. Na powiekę nanosimy nasz miedziany cień. Będzie on bazą dla pigmentu- gdyby powstały jakieś prześwity- nie będzie ich widać, albo po prostu nie będą się odznaczać na tyle, żeby odwracać uwagę od naszej- pięknie migoczącej- powieki. :) Wszystko ładnie ze sobą rozcieramy- nie chcemy tu ostrych krawędzi.


4. Jak już widzimy początkowy zarys makijażu- pogłębiamy kolor w załamaniu. W tym celu używam najciemniejszego brązu z palety Iconic 3 i aplikuję go pędzelkiem typu kulka w samo załamanie. Oczywiście po sensownym i stosownym dołożeniu produktu rozcieramy wszystko dokładnie.
Cieniowanie wyciągamy tak, jak na przykład kreskę- w taki jakby szpic. Chcemy uzyskać efekt kociego oka. :)



5. Tym samym kulkowatym pędzelkiem zaznaczamy dolną powiekę- łącząc ją z górną. Zaznaczamy ją dość mocno i wyraźnie- mniej wiecej do połowy długości. Może troszkę za. ;) Z resztą- zobaczcie na focie, jak to zrobiłam. ;)


6. Na linię wodną oka nanosimy czarny, żelowy eyeliner. Dlaczego tak uporczywie nakładam go na te miejsce? Ano dlatego, że jest nie do zdarcia w tym miejscu. Czarną kredką poprawiałam się średnio tysiąc razy na godzinę- eyelinerem może raz, albo w ogóle. A przecież szczególnie tego wieczoru zależy nam na trwałym makijażu, przy którym nie będziemy musiały co minutę zerkać w lustro, czyż nie? ;) 
Po nałożeniu eyelinera na linii wodnej- łapiemy za płaski, języczkowy pędzelek i rozcieramy wszystko tuż przy linii rzęs- na naszym ciemnym brązie.



7. No i teraz strategicznie najtrudniejsza rzecz. Przyklejamy nasz pigment!
U mnie pojawił się problem. Nie mam kleju do brokatu, ani osławionego Duraline'a z Inglota. Co zrobiłam? Kreatywność, kreatywność!!!
Za klej do pigmentu posłużył mi... klej do sztucznych rzęs. ;)

Robimy ciapkę wielkości kropli rosy o poranku kołyszącej się na źdźble kłoska ( ya, I know ;)
i rozsmarowujemy to cieniutką warstwą w miejscu, w którym leży nasz miedziany cień. Tę samą czynnośc powtarzamy na dolnej powiece- od wewnętrznego kącika aż do połowy- tam, gdzie zaczyna się nasz ciemny cień. I uwaga!! Ważne ogłoszenie parafialne! Uważajcie, żeby nie usmarować sobie tym rzęs- nie umalujecie ich później ładnie. W ogóle ich nie umalujecie, jeszcze bardziej posklejacie. Tak więc skupcie się na maksa przy aplikacji. Nie robimy dwójki powiek na raz. Nie, po prostu nie. Zanim zdążycie ładnie zaaplikować pigment na jednej- druga zdąży nam wyschnąć. Ja aplikowałam go paluszkiem. Jak kto woli. Jeżeli używać będziecie pędzelka- wybierzcie koniecznie ten z syntetycznym włosiem i zwilżcie go delikatnie. Pigment lepiej się nosi na takim zestawie.




8. Rysujemy kreseczkę na górnej powiece! Wyciągnijcie ją tego wieczoru troszkę mocniej- w kącik pójdą sztuczne rzęsy, będzie się to ładnie komponować.



9. Tuszujemy rzęsy, doklejamy sztuczne (ja użyłam do tego jakichś randomowych z Superpharmu, były za długie i za geste- ucięłam tylko kawałeczek i zaaplikowałam w zewnętrzny kącik. Równie dobrze możecie przykleić cały pasek, albo tylko kępki. Tego wieczoru wolno! Wszystko wolno!) i robimy resztę twarzy. Podkład, konturowanie, brwi, rozświetlenie i pomadka. Usta zostawmy neutralne- oczy są mocne. Chyba, że mamy tu fanki ultra mocnego looku- czerwień może tu wygladać świetnie- ogranicza Was tylko Wasza wyobraźnia. ;)




I jak Wam się podoba? Będziecie odtwarzać? :)
Koniecznie dajcie znać, czy się Wam podoba taka o, moja wersja.


Kochane, życzę Wam wszystkiego dobrego w tym nowym, 2015 roku, dużo ciepła, miłości, mało stresówy, żeby był dosi, żeby był kurde lepszy od tego mijającego.


Patrycja



Mój fanpage:



wtorek, 9 grudnia 2014

Arabskie noce...

Cześć Pięknotki!


Dziś przybywam z makijażem w stylu arabskim.
(wiem, że koło arabskiego pewnie nawet nie leżał, ale tak mi się zawidział w głowie, ćśicho! ;)

Zainspirowana makijażem Kasi z Black Glow.





Kosmetyki, których użyłam:
* Podkład: L'Oreal True Match Super Blendable- odcień N1
* Korektor: Catrice Camouflage Cream Corector- odcień 010
* Puder: Mąka ziemniaczana. ;)
* Bronzer: Kobo Professional Matt Bronzing & Contouring Powder
* Rozświetlacz: Makeup Revolution, Vivid Baked Highliter
* Cienie: Makeup Revolution, paleta Iconic 3, Cień Inglot w kolorze czerwonego wina, cień z essence w odcieniu intensywnego fioletu, turkusowa kredka essence.
* Brwi: Kredka Catrice Eye brow Stylist, kolorek numer 3, Żel do brwi- MIYO
* Rzęsy: tusz Lovely- Curling Pump Up Mascara
* Linia wodna: Eyeliner żelowy z maybelline. (to samo, co i do kreski... ;)

* Baza - Cień Color Tattoo- Permanent Taupe, Maybelline.


1.
Paluszkiem nanoszę moją bazę na całą powiekę ruchomą. Pamiętajmy, żeby nie ciapnąć gdzie popadnie, ale rozsmarować dokładnie ustrojstwo, ponieważ tam, gdzie będzie niedokładnie zatarta- zostawi ostrą krawędź. A w każdym makijażu chcemy co? Rozmyyywać! YAY!





2. Na większą część powieki ruchomej nanosimy fioletowy cień. Znaczy,,, ja naniosłam. Wy możecie nanieść inny. Ja chciałam taki. ;) Zostawiamy kawałeczek miejsca w zewnętrznym i wewnętrznym kąciku.



3. W zewnętrzny kącik nakładamy nasze przepiękne, czerwone wino. Wyciągamy je trochę dalej, w stronę brwi. Mocno zacieramy.


4. Malujemy kreskę. Ja zrobiłam to żelowym eyelinerem. Co istotne- przy takim makijażu wyciągamy kreskę dośc daleko w zewnętrznym i trochę w wewnętrznym kąciku- w dziubek, trójkącik. Zwał, jak zwał. Po prostu to robimy. Najlepiej jest mieć miękki eyeliner żelowy, żeby dało się z nim później popracować, jak nam coś nie wyjdzie.
( W wewnętrzny kącik nakładamy jasny- na przykład beżowy- cień)



5. I reszta... Co zrobiłam dalej? Nie fotogragowałam każdego ruchu, ale...
Pod przednią i końcową częścią czarnej kreski narysowałam cieniutką kreseczkę turkusową kredką z Essence. Wytuszowałam rzęsy- zapomniałam podkręcić...
Rysując kreskę eyelinerem- linię wodną również nim pomalowałam (świetnie sprawdza się zamiast czarnej na niej kredki- nie rozmazuje się i nie ściera!), oraz postawiłam malutkie kropeczki zaraz przy dolnej linii rzęs- żeby pogłębić spojrzenie. Roztarłam go naszym winem. 
Po makijażu dopiero położyłam podkład, korektor, mąkę i zrobiłam brwi.

Dlaczego tak, a nie inaczej?
To bardzo proste. Przy pracy z intensywnymi cieniami coś może nam się osypać. A jeżeli osypie nam się na - nawet dobrze przypudrowany- podkład, to może nam zrobić ohydne plamy. Szczególnie, jeżeli zachciało nam się flirtować z fioletem.

Makijaż prezentował się tak:

( tu jeszcze przed nałożeniem turkusowej kredki :)






Podoba się? 
Będziecie próbowały odtworzyć? :)

Zachęcam!


Patrycja.

wtorek, 2 grudnia 2014

Włosy, włosy, włosy...

Hej dziewczyny! :)

To mój pierwszy tego typu filmik, prawie instruktażowy, bądźcie proszę wyrozumiałe! :)
W razie pytań- jestem do dyspozycji!  Kliknij i przenieś się bezpośrednio na jutuuub! :)


Enjoy! :)

Mój kanał na youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=LFUwNVFRv9I
Mój fanpejdż:
https://www.facebook.com/dustofourbeauty?ref=hl

sobota, 29 listopada 2014

Henna i...rozwiązanie rozdania. :)

Hej ślicznotki! :)

Dziś przybywam z postem o znienawidzonej przeze mnie hennie.
A na koniec wynik rozdania. :)

Dlaczego nienawidzę henny?
Ten, kto widział moje wcześniejsze zabiegi- na pewno wie.
Robiłam to wielokrotnie czarną henną (jestem blondynką, naturalną ;) smarując brwi jak wlezie, a później zmywając ją przyzywałam wszystkie postaci z mitologii. Miałam po prostu dwie, czarne krechy grubości... na dwa palce mniej, czy więcej. :) W porę się jednak opamiętałam i zaczęłam robić to z głową. Specem na pewno nie jestem, ale kilka wskazówek mogę udzielić.



1. Robiąc hennę brwi- nie wybierajmy koloru, który jest dużo ciemniejszy, niż nasze naturalne włoski. Oczywiście białe blondynki typu mąka- jak ja- muszą wziąć brąz, inaczej się nie da. Ale nie kładźmy czarnej henny na białe włoski. Ani rude. Ani brązowe. Czarną hennę kładziemy na czarne brwi. I to bardzo ostrożnie.


2. Sprawa tyczy się również farbowanych dziewczyn. Jeżeli mamy czarne, farbowane włosy, ale oprawa oka jest jasna- z czarnymi brwiami będziemy wyglądały dramatycznie. Połóżmy brąz, przetrzymajmy nawet kapkę dłużej, ale wszystko róbmy z głową.


3. Nakładając hennę- koniecznie róbcie to czymś, co pozwoli Wam je precyzyjnie wyrysować. Ja robię to na przykład pędzlem do eyelinera/brwi (cieniutki i skośnie ścięty). Czasami w zestawach są plastikowe szpatułki. Legenda głosi, że ktoś, kiedyś... nauczył się nimi malować. Jeżeli opanowałyście tę sztukę- droga wolna. ;) Pamiętamy jednak, żeby nigdy nie robić tego patyczkiem kosmetycznym do uszu, czy czymś w podobie. Musimy nadać brwi definicję, a nie ją totalnie rozmyć.


4. Nie trzymajmy ustrojstwa za długo. Lepiej zmyć i nałożyć ponownie, jeżeli kolor nam się nie spodobał, bo był za słaby, niż później chodzić z brwiami od ekierki, uwierzcie.


I tak zaczynamy.

Mój zestaw: 



1. Od lewej: pędzelek, henna, kieliszek (do rozrabiania), woda utleniona i opakowanie.





2. Zaczynamy od demakijażu mordeczki. Ja zmazałam tylko brwi, żeby jakoś tam się prezentować.

Nie, nie jestem na golasa. ;)




3. Zaczynamy rozrabianie henny. Tak, wiem, nie wygląda najlepiej. (nie mówcie, jak co.)






4. Bo jak wymieszamy, to wygląda, jak czekoladka.




5. Nakładamy na brewkę. Nie przejmujmy się, że przez chwilę wyglądamy, jak pani z opakowania henny. Nam to przejdzie- jej już nie. Fajnie jest też rozcierać produkt na brwi tak, żeby było go na przodzie i górze jak najmniej- uzyskujemy w ten sposób gradient. Moja henna była na tyle delikatna, że postanowiłam tego nie robić- nie byłoby bowiem w ogóle widać efektu.





6. Tak wygląda brew po zmyciu. Ma fajną, delikatną, naturalną definicję. I o to mi się rozchodziło.

Pamiętajmy też, żeby regulować brwi dopiero po nałożeniu henny. Dlaczego? a no, dlatego, żeby nie wyrwać niepotrzebnie ładnie rosnących sobie włosków. Po zrobieniu dopiero zobaczymy, które są nam na serio zbędne.

VOILA. :)

_____________________________________________

Druga część mówi już o rzeczach przyjemniejszych- mianowicie zakończenie rozdania. 
Oto lista dziewczyn, które spełniły wszystkie wymogi, które potrzebne były do wzięcia udziału w moim małym konkursie.


Poukładane jesteście myszki zgodnie z kolejnością nadawania komentarzy. I żeby nie było, że machloję- wylosowałam randomowy numerek.



Zatem wszem i wobec ogłaszam, iż nagroda leci do Natalii Badźmierowskiej. :)

Natalio- wszystko, co musisz zrobić, to napisać do mnie wiadomość na moim profilu na fejsie z adresem wysyłki. :) No i oczywiście po otrzymaniu kosmetyków zatagować mnie u siebie na tablicy. :) Oczywiście jeżeli wygrana się nie zgłosi do trzech dni- robię nowe losowanie. :)

Gratuluję!

Następny konkurs będzie, jak stuknie nam pińcetka. :D

Buziaki! 
Patrycja


mój fanpage:

https://www.facebook.com/dustofourbeauty?ref=hl

poniedziałek, 24 listopada 2014

brwi. :)

Cześć. :)

Dziś przychodzę z postem o brwiach, ponieważ widzę, iż budzą one najwięcej zainteresowania.
To nie jest tak, że z dnia na dzień nauczyłam się je robić dobrze. Do tego potrzeba ćwiczeń, prób i błędów, żeby dojśc do właściwego dla nas kształtu, grubości, koloru...

Zaczynałam od obrzydliwych ogryzków. Miałam kiedyś taki fun i takiego lenia, że nie chciało mi się brwi regulować. Po prostu tę nieszczęsną końcówkę goliłam maszynką do golenia. Było idealnie gładko i szybko. I super! Tyle tylko, że moje brwi wyglądały, jakbym ich nie miała, a malowałam je niemalże od "ekierki". Oto efekt (przed transformacją i po...)



Po wielu próbach i wielu błędach - doszłam w końcu do swojego ideału i tego się będę - póki co - trzymać.

Zaczynajmy!

1. Brwi należy dokładnie wyczesać. Czym? Szczoteczką do brwi. W wielu kredkach taka szczoteczka jest, jeżeli nie, to można sobie taką kupić, albo wypłukać starą szczoteczkę po tuszu do rzęs. :)


2.Kolejno- definiujemy dolną linię brwi. Pamiętajmy, żeby robić to dobrze naostrzoną kredką. Gdzie powinna się zaczynać, gdzie unosić, a gdzie kończyć? Przyłóżcie sobie jeden koniec pędzelka (ołówka, długopisu...) do płatka nosa. (po tej samej stronie, co malowana brew, żeby była jasność. ;)) Następnie- Linia prosta od płatka nosa w górę- wyznacza nam początek brwi. Następnie przesuwamy pędzelek jednym końcem tak, aby trzonek przechodził nam przez środek oka. Tu się unosi. A teraz- dalej jeden koniec trzymając przy płatku nosa- przekładamy trzonek tak, żeby dotykał kącika naszego oka. Tam, gdzie pędzelek wskaże- brew powinna się kończyć. Patrzymy oczywiście na wprost, żeby nie było. Obrazuje to ta grafika:





3. Następnie zamalowujemy (czy też podkreślamy) końcówkę brwi. Pamiętajmy, by w miarę końca- brew zwężała się- aż do ostrego koniuszka. (Ja na końcówce brwi nie mam już włosków, chociaż usilnie pracuję nad tym, aby w końcu wyrosły- więc ja ją sobie domalowuję... ;)


4. Delikatnymi ruchami kredki (wręcz dziubiemy brew) wypełniamy resztę. Pamiętajmy, aby produktu nie było zbyt dużo- żeby wyglądało to dobrze- musi to wyglądać naturalnie- ergo- nasze włoski nie mogą zniknąć w zbyt ciemnym, czy intensywnym produkcie, Musicie też wiedzieć, że to nie jest tak, że na całej długości brwi ma być taka sama intensywność produktu. Na końcu brwi nakładamy go najwięcej- a w miarę zbliżania się do przodu- mniej. Tak samo sprawa ma się z kierunkiem góra- dół. Na dole linia ciemna, im wyżej- tym wszystkiego mniej.


5. Po wypełnieniu brwi- bierzemy tę samą szczoteczkę, którą je układałyśmy przed nałożeniem kredki- przeczesujemy całość tak, aby wyrównać wydziubany kredką kolor. Najmocniejszy nacisk kładziemy na początku brwi i w ich górnej części. Wyczesujemy je lekko po skosie w górę. ( nie wiem, czy dobrze się wyraziłam... :D)


6. Żeby już całkowicie pozbyć się nadmiaru kredki i utrwalić włoski na tyle, żeby nic nam się nie ścierało, a włoski nie biegały po całej buzi- przeczesujemy brwi... żelem do brwi. :) (krok opcjonalny, ja sobie nie wyobrażam bez niego malowania)


7. Na łuk brwiowy nanosimy: korektor/białą kredkę/jasną, cielistą kredkę/ rozświetlacz/beżowy, jasny cień... etcetera. Ważne, zeby rozświetlić tę okolicę i unieść, czy optycznie wyliftingować tę okolicę.


8. Wszystko ładnie rozcieramy- ja używam do tego najpierw malutkiego, skośnego pędzelka- żeby wyrównać ewentualnie wcześniej skopaną robotę i jeszcze wyostrzyć dolną linię- a później palca- wklepując moją ulubioną, mleczną kredkę z essence w cały łuk. Nie matowię tego na koniec. Niech się błyszczy. :)



A tak się prezentują produkty potrzebne do takiego wypełnienia brwi. ;) No dobra, ja po prostu takich używam. Od lewej: Kredka z Catrice, Żel do brwi z MIYO, mleczna kredka z Essence- Big Bright Eyes kolor nude, oraz maleńki skośny pędzelek z zestawu do brwi Catrice. Możecie użyć takich produktów, jakimi władacie. Grunt, żeby było podobnie. :)


Kształt brwi to oczywiście kwestia indywidualna i to zasługuje na zupełnie osobny post- pamietajmy jednak, że makijażem możemy zakryć wieeeele mankamentów. Moje na przykład brwi są jasne i rzadkie- ukrywam to makijażem i wiele osób moje brwi chwali.

Pielęgnacja?
Codziennie wieczorem smaruję je olejem rycynowym lub pomadką rumiankową z Alterry. Nie mam zasady, stosuję je w różnej kolejności. ;)

Co z henną? Robię, czasem. Niezbyt często, bo i tak muszę je później przemalować, a henna diablo szybko się wypłukuje. Jak będę robić, to pokażę Wam - jak to robię.


I jak, pomogłam Wam troszkę? :)

Patrycja.

Mój profil na facebooku:
https://www.facebook.com/dustofourbeauty

niedziela, 23 listopada 2014

Idealny puder matujący...

Cześć ślicznotki!

Dzisiaj przychodzę do Was z nietypowym postem. Nietypowym nie dlatego, że temat jest nietypowy, ale nietypowe jest rozwiązanie. I jak mówię rozwiązanie- mam na myśli prawdziwy soluszyn na Wasze problemy z tłustą buźką. :)

Od początku kariery zmagam się z tłustą skórą. Nie pomagały/nie pomagają żadne, absolutnie żadne pudry, testowałam wysokie i niskie półki. Po każdym wyglądało to tak samo- 2-3 godziny względnego spokoju, po tym cake na twarzy i albo:
a) trzeba było zmatowić bibułką, która przy okazji zjadała podkład (chyba nie potrafię tego robić...)

b) trzeba było znowu dołożyć pudru- robiąc na twarzy przepudrowanego zakalca

c) odciąć sobie twarz?!

Pogodziłam się ze swoim smętnym losem, nie pomógł ani super zapychający i zastygający na twarzy Revlon Colorstay (chociaż pomagał utrzymać twarz w ryzach najdłużej ze wszystkich...), ani marudzenie, ani nic nie pomagało.

Z odsieczą przyszła siostra i... MĄKA ZIEMNIACZANA!
Dziewczyny, jestem całkiem trzeźwa i poważna.

Kiedy siostra powiedziała mi o tym- postukałam się w głowę. Znowu coś wymyśla, a ja mam zbyt wrażliwą skórę (którą wszystko zapycha...) na takie eksperymenty. Ale dobrz. Pójdę, kupię, spróbuję, najwyżej wyrzucę. I po problemie. Ale nigdy już jej nie wyrzucę. Oficjalnie ogłaszam, iż specyfik, który kosztuje 3 zł za 500g- na zawsze zostanie w mojej kosmetyczce.

Wypróbowałam. Poszłam do pracy na calutki boży dzień. Jakież było moje zdziwienie, gdy po ładnych 5-ciu godzinach poszłam do toalety. Zbliżając się do lusterka pomyślałam, że to niemożliwe. Nie ma takiej opcji, żeby to było jeszcze na twarzy. I... SZOK! Totalny szok, zawał serca- mat na twarzy! Po absolutnie całym dniu, w którym nie dotykałam twarzy pędzlem na moim problematycznym nosie (z którego zawsze z resztą w ciągu dnia musiałam totalnie zetrzeć podkład i położyć wszystko na nowo- zakalec na twarzy formował sobie nowy nos...) pojawił się leciutki, ładny i zdrowy błysk, którego nawet nie miałam ochoty zakryć- twarz wreszcie wygladała naturalniej. :) Na pozostałej twarzy podkład został nienaruszony, a mój narzeczon całując mnie w czoło zdziwił się nie na żarty, że jego usta nie przyklejają się do mojej twarzy.

Jak to zrobić, żeby było najwygodniej?

Otóż przesypać do pudełeczka z sitkiem. Jeżeli mamy na stanie jakieś po starym pudrze- super, jeżeli nie - możemy poszukać takich opakowań na allegro, czy nawet zainwestować w Naturze w puder sypki z My Secret, wysypać go i wsypać tam nasz cud-puder.
Dupa tam ze wszystkimi pudrami ryżowymi, matującymi na 24 godziny, czy jak im tam!
Skrobia ziemniaczana zostanie ze mną do końca życia.

I uwierzcie mi. Jak mówię, że rewelacja, to rewelacja. Mówię to ja, posiadaczka fontanny sebum z twarzy. 

Uważajcie tylko i nie pudrujcie dla własnego dobra brwi i powiek- zachowajcie do tego zwykły puder, bo później te miejsce będzie tak matowe, że nic na to nei nałożycie. Sprawa sprawdzona.

P.S. Mam też wrażenie, jakoby mąka zaczęła rozprawiać się z moimi niespodziankami na twarzy- wszystkiego nakladam o 3/4 mniej, a więc skóra lepiej oddycha, a łój nie pozwala się temu brzydactwu dalej rozwijać.

Nie polecam posiadaczkom cer suchych. Wy sobie rozświetlajcie. Każda natomiast z Was, która posiada cerę tłustą, albo mieszaną- przetłuszczającą się w strefie T- obowiązkowo, powtarzam- O BO WIĄ ZKO WO musi się z mąką zaznajomić.

P.S. 2 - nie. Nie bieli nam to twarzy. To transparentna sprawa. (o ile nie nałożymy na twarz całych 500 g...)

P.S.3 - Nie. Nie może być pszenna, albo tortowa. Obowiązkowo ziemniaczana. :)




Dajcie znać, czy próbowałyście, a jeżeli tak, to czy jesteście zadowolone?

Buzzzzziaki!

Patrycja

czwartek, 20 listopada 2014

Odżywka Nivea Long Repair.

Drugi post w dniu dzisiejszym, bo obiecałam coś zrecenzować. Zaczniemy więc może od mojej ulubionej ostatnio odżywki Nivea- Long Repair.




Zaczynając od samego początku muszę wspomnieć, że ze swoimi włosami mam nie lada przeboje od kilku lat. Prawie ciągle były jednej długości, (na pewno nie rosły, a nie się kruszyły. To nic, że odrost. Po prostu nie rosły ;), puszyły się, były w brzydkim żółtym kolorze, (a w międzyczas rudy, ciemny brąz, brąz... bla bla bla), miały okropny kształt, nie dało się ich nijak ułożyć. Pierwszym krokiem było odstawienie szamponu z SLS i SLES. Zdecydowałam się na Babydream z Rossmanna. Czasami myłam też włosy płynem do higieny intymnej z Rossmanna. Facelle, niebieski bodajże. Ale do tego włosy dość szybko się przyzwyczajały i znowu puszyły. (Czasami z braku laku nadal nim myję... ;) Generalnie jednak od kiedy stosuję Babydream skończyły się moje problemy z łupieżem i o dziwo (pewnie nie od samego szamponu, choć się łudzę... ;) włosy zaczęły zmieniać długość. Próbowałam tysiące odżywek- z silikonami, czy bez- te z silikonami były różne. Niektóre średnie- np. ta duża, z Welli, niektóre PASKUDNE, OKROPNE, WSTRĘĘĘTNEJSHDSYHAGGGGRRRR- każdy produkt firmy Schwarzkopf  ( syoss, schauma i te ich nowe... Essence ultime? Paskudztwo, po odżywce mam takie strąki, jakbym miesiąc nie myła głowy. Zużywam do golenia nóg- przynajmniej ładnie pachną. :) i dość dobre- na przykład odżywki Garniera. Te bez silikonów- choć mocno w nie wierzyłam- sprawdzały się paskudnie. Plątały włosy, nie dociążały, choć próbowałam używać ich dość długo- sądziłam, że włosy przyzwyczają się- nie. No po prostu nie. Nie dało się. I kieedyś tam zaleciałam na bloga Aliny ( Brunette's Heart Makeup) i pisała coś o odżywce Nivea Long Repair. Dlaczego nie spróbować?
I nagle silikoniarz wyrwał mnie, jak dorosły rockman małą dzierlatkę. Nie wyobrażam sobie teraz pielęgnacji bez użycia tej odżywki.

Przyjrzyjmy się składowi.
Skład: Aqua, Stearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Dimethicone, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Hydrolyzed Keratin, Orbignya Oleifera Seed Oil, Oryzanol, Silicone Quaternium - 18, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Coco Betaine, Cocamidopropyl Betaine, Trideceth - 6, Trideceth- 12, C12-15 Pareth-3, Lactic Acid, Sodium Chloride, Methylparaben, Propylparaben, Phenoxyethanol,Linalool , Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Benzyl Alcohol, Parfum.

Co ciekawe- na dość wysokim miejscu znajduje się tu... Keratyna!
Ja robiłam prostowanie keratynowe jakiś czas temu i choć efekt całkowitego sprostu minął szybko, to do tej pory jestem z tego zadowolona- włosy są ujarzmione. 

Jak używam? Standardowo. Wyciskam na dłoń, wielkość... hm, takiego zdrowego orzecha włoskiego- nakładam na włosy i trzymam ok. 5-7-10 minut. (zależy, ile pod prysznicem mam przemyśleń na temat życia i śmierci i innych problemów natury metafizycznej... :D ) Konsystencja jest gęsta, treściwa- mogłabym jdynie przyczepić się do opakowania- odżywkę ciężko się wyciska- plastik jest dość twardy. Spłukuję chłodną wodą (nie zimną, nie gorącą! Chłodną! Domykamy łuski włosa!) i woila!
Włosy są miękkie, sypkie, cudnie lśniące, odpowiednio dociążone, ale nie OBciążone. Każda fryzura robi się na nich bajkowo.

Regularna cena to ok. 10 zł za standardowe opakowanie (200 ml), więc jest to cena dość normalna, jeżeli chodzi o odżywki. Jak dorwiecie gdzieś na promocji- polecam. Szczególnie, jeżeli Wasze włosy kłócą się z Wami każdego ranka, tak jak moje bezczelne kłócą się ze mna. :)


Dawajcie znać, jakie produkty powinnam dla Was zrecenzować. Twórzmy to wspólnie- piszę przecież dla Was. :)

Buziaki, Patrycja.

Turkusowa dolna :)

Hej Beauties. :)

Jako iż dziś frekwencja nie dopisuje- postanowiłam sama zadecydować, że wstawię dziś makijaż. Postarałam się zrobić zdjęcia- krok po kroku. Oczywiście jakoś dziś jest średnia, ale obiecuję, że będzie coraz lepiej. Dzisiejsza propozycja to idealne rozwiązanie dla piwnookich. :) Oczywiście nie oznacza to, że innookie kobiety nie mogą go nosić- nie! Różowe złoto i brąz na górnej powiece podbiją także jasne odcienie oka. :)

Kosmetyki, których użyłam:
* Podkład: L'Oreal True Match Super Blendable- odcień N1
* Korektor: Catrice Camouflage Cream Corector- odcień 010
* Puder: Rimmel Stay Matte Pressed Powder - odcień 003
* Bronzer: Kobo Professional Matt Bronzing & Contouring Powder
* Rozświetlacz: Makeup Revolution, Vivid Baked Highliter
* Cienie: Makeup Revolution, paleta Iconic 3, Catrice Eyebrow Set, kredka Essence- Long Lasting Eye Pencil.
* Brwi: Kredka Catrice Eye brow Stylist, kolorek numer 3, Żel do brwi- MIYO
* Rzęsy: tusz Lovely- Curling Pump Up Mascara
* Linia wodna: Kredka Essence- Big Bright Eyes, wersja Nude.



1. Najpierw na całą powiekę ruchomą (górną :) nałożyłam kamuflaż z Catrice- ten sam, którego używam do tuszowania niedoskonałości. Oczywiście możecie użyć cokolwiek macie pod ręką- baza pod cienie, biała/cielista kredka, czy zwykły korektor pod oczy. Ten trick pozwoli nam na wydobycie większej głębi z cienia, kolorek wydaje się wtedy bardziej nasycony- podbija nam pigmentację. Dodatkowo cień ma się do czego przykleić. :) (celowo pomijam ten krok na zdjęciach- nie ma bowiem nic trudnego w pomazianiu całej powieki jednym z wymienionych wcześniej kosmetyków :)

2. Koncentrując się na środkowej części powieki- nakładam złoty cień (z podtonem różowego) z paletki Makeup Revolution Iconic 3. Posłużyć nam tu może jakikolwiek złoty cień. Przeciągamy kolor po całej powiece- zostawiając troszeczkę miejsca w wewnętrznym i zewnętrznym kąciku oka. Nie wyciągamy cienia ponad załamanie powieki (miejsce, w którym kończy nam się oczodół ;)


3. Od zewnętrznego kącika oka przez całe załamanie prowadzimy ciemny brąz. Ja użyłam tego z paletki Catrice do brwi- jednak znowu zasada jest taka sama. Może to być każdy ciemny brąz. Ważne, żeby miał mocną pigmentację, żebyśmy nie musiały męczyć się i zacierać złotego cienia. Cień blendujemy (rozcieramy) miękkim pędzelkiem do góry, trochę ponad załamanie. Ważne jest, żeby największa koncentracja koloru zbierała się w kąciku, a w miarę, jak poruszamy pędzlem do góry- ma wychodzić nam już tylko mgiełka koloru. Jeżeli zbyt mocno pociągniemy kolor ponad załamanie- zetrzyjmy to, lub obniżmy pudrem w kamieniu, czy jasnym, beżowym cieniem. Zależy nam na uzyskaniu gradientu. :)




4. Tuż przy linii rzęs, malutkim pędzelkiem nakładamy czarny cień- w zewnętrznym kąciku wydłużając go w standardową jaskółkę- tak, jakbyśmy rysowały kreskę eyelinerem. Można to oczywiście również zrobić czarną, miękką kredką, albo eyelinerem- ważne, żeby nasza kreseczka była miękka- nie chcemy w tym makijażu ostrych krawędzi.



5. Na dolnej linii rysujemy dość grubą kreskę jakąś kolorową kredką. Ja wybrałam przepiękny turkus z Essence- jest miękka i cudnie się rozciera. Kreska nie musi być równa, ani regularna- będziemy ją bowiem rozcierać (żeby nie zmniejszała nam oczka :). Ważne, żeby nie wyglądała, jak zapis EKG. :)



6. Kreskę na dolnej powiece rozcieramy tak, aby jej koniec szedł na spotkanie z naszą jaskółeczką w kąciku oka (namalowaną czarnym cieniem). Od razu dodałam Beżowy cień w wewnętrznym kąciku oka (ażeby rozjaśnić spojrzenie ) i malutkim pędzelkiem delikatnie przeciągnęłam ją wzdłuż dolnej powieki- tak do 1/3 długości.


7. Co zrobiłam w ostatnim kroku? To widoczne nawet gołym okiem. ;) Podkreśliłam brwi - była to kredka z Catrice- do brwi (jest wypisana w użytych kosmetykach), wytuszowałam rzęsy, naniosłam moją ulubioną łososiowo-mleczną kredkę z essence na linię wodną i pod łuk brwiowy. Genialnie się rozciera, nawet paluszkiem, nie powinnyście więc miec problemu. Oczywiście jeżeli użyjecie jasnego, beżowego cienia, czy białej kredki - z umiarem- nic się nie stanie. Każdy maluje tym, co ma. ;)

Tak prezentuje się skończone oczko.
Resztę twarzy zrobiłam według starego rytuału- podkład, korektor, brązer, róż i rozświetlacz. Na te posty przyjdzie czas. ;)




Jak Wam się podoba? Czy taki sposób przedstawiania makijażu troszkę rozjaśnia Wam sprawę?
Będziecie próbowały odtworzyć? :)

Buziaki, 
Patrycja.