Drugi post w dniu dzisiejszym, bo obiecałam coś zrecenzować. Zaczniemy więc może od mojej ulubionej ostatnio odżywki Nivea- Long Repair.
Zaczynając od samego początku muszę wspomnieć, że ze swoimi włosami mam nie lada przeboje od kilku lat. Prawie ciągle były jednej długości, (na pewno nie rosły, a nie się kruszyły. To nic, że odrost. Po prostu nie rosły ;), puszyły się, były w brzydkim żółtym kolorze, (a w międzyczas rudy, ciemny brąz, brąz... bla bla bla), miały okropny kształt, nie dało się ich nijak ułożyć. Pierwszym krokiem było odstawienie szamponu z SLS i SLES. Zdecydowałam się na Babydream z Rossmanna. Czasami myłam też włosy płynem do higieny intymnej z Rossmanna. Facelle, niebieski bodajże. Ale do tego włosy dość szybko się przyzwyczajały i znowu puszyły. (Czasami z braku laku nadal nim myję... ;) Generalnie jednak od kiedy stosuję Babydream skończyły się moje problemy z łupieżem i o dziwo (pewnie nie od samego szamponu, choć się łudzę... ;) włosy zaczęły zmieniać długość. Próbowałam tysiące odżywek- z silikonami, czy bez- te z silikonami były różne. Niektóre średnie- np. ta duża, z Welli, niektóre PASKUDNE, OKROPNE, WSTRĘĘĘTNEJSHDSYHAGGGGRRRR- każdy produkt firmy Schwarzkopf ( syoss, schauma i te ich nowe... Essence ultime? Paskudztwo, po odżywce mam takie strąki, jakbym miesiąc nie myła głowy. Zużywam do golenia nóg- przynajmniej ładnie pachną. :) i dość dobre- na przykład odżywki Garniera. Te bez silikonów- choć mocno w nie wierzyłam- sprawdzały się paskudnie. Plątały włosy, nie dociążały, choć próbowałam używać ich dość długo- sądziłam, że włosy przyzwyczają się- nie. No po prostu nie. Nie dało się. I kieedyś tam zaleciałam na bloga Aliny ( Brunette's Heart Makeup) i pisała coś o odżywce Nivea Long Repair. Dlaczego nie spróbować?
I nagle silikoniarz wyrwał mnie, jak dorosły rockman małą dzierlatkę. Nie wyobrażam sobie teraz pielęgnacji bez użycia tej odżywki.
Przyjrzyjmy się składowi.
Skład: Aqua, Stearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Dimethicone, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Hydrolyzed Keratin, Orbignya Oleifera Seed Oil, Oryzanol, Silicone Quaternium - 18, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Coco Betaine, Cocamidopropyl Betaine, Trideceth - 6, Trideceth- 12, C12-15 Pareth-3, Lactic Acid, Sodium Chloride, Methylparaben, Propylparaben, Phenoxyethanol,Linalool , Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Benzyl Alcohol, Parfum.
Co ciekawe- na dość wysokim miejscu znajduje się tu... Keratyna!
Ja robiłam prostowanie keratynowe jakiś czas temu i choć efekt całkowitego sprostu minął szybko, to do tej pory jestem z tego zadowolona- włosy są ujarzmione.
Jak używam? Standardowo. Wyciskam na dłoń, wielkość... hm, takiego zdrowego orzecha włoskiego- nakładam na włosy i trzymam ok. 5-7-10 minut. (zależy, ile pod prysznicem mam przemyśleń na temat życia i śmierci i innych problemów natury metafizycznej... :D ) Konsystencja jest gęsta, treściwa- mogłabym jdynie przyczepić się do opakowania- odżywkę ciężko się wyciska- plastik jest dość twardy. Spłukuję chłodną wodą (nie zimną, nie gorącą! Chłodną! Domykamy łuski włosa!) i woila!
Włosy są miękkie, sypkie, cudnie lśniące, odpowiednio dociążone, ale nie OBciążone. Każda fryzura robi się na nich bajkowo.
Regularna cena to ok. 10 zł za standardowe opakowanie (200 ml), więc jest to cena dość normalna, jeżeli chodzi o odżywki. Jak dorwiecie gdzieś na promocji- polecam. Szczególnie, jeżeli Wasze włosy kłócą się z Wami każdego ranka, tak jak moje bezczelne kłócą się ze mna. :)
Dawajcie znać, jakie produkty powinnam dla Was zrecenzować. Twórzmy to wspólnie- piszę przecież dla Was. :)
Buziaki, Patrycja.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz